|

Czwartek, 04 grudnia 2003
Jestem trochę szalony
Piłka Nożna Plus: Gdyby miał pan siebie opisać w kilku słowach, to jakby pan to zrobił?
Artur Boruc: Są różni ludzie. Każdty jest w jakimś stopniu szalony. Jedni są mniej rąbnięci, drudzy trochę bardziej, a ja jestem chyba bardziej szalony od innych. Choć myślę, że w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Teraz i tak jest lepiej. To żona Kasia, wzięła mnie trochę za głowę, sprowadziła na ziemię i oszlifowała. I bardzo dobrze. Inna sprawa, że ponoć dobry bramkarz musi być trochę szurnięty.
Pochodzi pan z Siedlec. Jak wyglądało pańskie dzieciństwo?
- Całkiem normalnie. Tata był przez piętnaście lat hokeistą, więc jako sportowiec zarabiał w miarę przyzwoicie. Było jednak nas w domu pięcioro rodzeństwa, mieszkaliśmy w dwóch pokojach, w bloku z wielkiej płyty, więc wcale nie było różowo. Ja trenowałem od
najmłodszych lat, szkoła mnie nie interesowała. Pozedłem do technikum, ale za notoryczne nieobecności szybko mnie z niego wyrzucili, dlatego skończyłem tylko zawodówkę. Blok, podwórko, koledzy, radio, słuchanie transmisji z meczów Legii - to wypełniało moje życie. Miałem także szczęście, że w Siedlcach jest naprawdę świetna praca z młodzieżą. Wiele zawdzięczam na przykład pierwszemu trenerowi - Józefowi Topczewskiemu. To, że dziś jestem bramkarzem słynnej Legii jest w dużej mierze jego zasługą.
Narzekacie w Legii na zaległości w wypłatach, ale gdyby trzeba było dziś podjąć decyzję: spędzę całe życie w Legii, zdecydowałby się pan na to?
- Oczywiście. Bo to jest Legia. Bo tu są kibice, dla których warto grać. Jacek Zieliński jest tutaj prawie całe życie i nie skarży się. Chciałbym zostać kiedyś takim symbolem Legii jak Zielu.
Żałował pan czegoś w życiu?
- Niczego. Człowiek uczy się na błędach. Jeśli ich nie popełni, to niczego się nie nauczy.
Co pana śmieszy?
- Polska głupia mentalność. Weźmy chociaż ostatnie przegrane eliminacje. Ile było płaczu i narzekania na niesłownych Szwedów. Tylko kto kazał nam przegrać z Łotwą albo zremisować z Węgrami. Ciągle szukamy winnych, zamiast spojrzeć na siebie.
A co pana przeraża?
- Nastoletnie dziewczyny, prawie już kobiety, które robią rzeczy, których robić nie powinny. Ja zostałem wychowany zupełnie inaczej. Przeraża mnie ich wulgarność. Nie cierpię także zazdrości i zawiści. Teraz jestem popularny, czasem bywam zaczepiany na ulicy, proszony o
autograf. Lubię to. Ale niejednokrotnie widzę jakąś głupią zawiść. I nie wiem o co? O pieniądze?
Pewnie dużo pan ich ma?
- Nawet nie myślę o tym w jaki sposób najlepiej inwestować. Po prostu nie mam, na tyle dużych środków, żeby próbować je pomnażać. Owszem, żyję przyzwoicie, ale jak długo będę mógł tak żyć, tego nie wiem. Wiem jedno - na pewno nie zarobiłbym na życie gdybym musiał wrócić do zawodu mechanika.
Przez kilka lat był pan zmiennikiem słynniejszych od siebie bramkarzy. Czy gdyby teraz musiał pan obserwować z ławki grę Andrzeja Krzyształowicza, odszedłby pan z Legii?
- Chyba tak. Wiem, że Andrzej też ma duże ambicje, ale ja już swoje przesiedziałem na ławce. Gdy odszedł Radostin Stanew, wiedziałem że przyszedł mój czas. I rzeczywiście trener Dariusz Kubicki postawił na mnie. I chyba nie zawodzę. A to, że przez długi czas trenowałem z takimi bramkarzami jak Grzegorz Szamotulski, Wojciech Kowalewski, Zbigniew Robakiewicz, czy wspomniany Stanew, tylko mi pomogło.
Na co pan zwraca uwagę u dziewczyny?
- No, teraz to już jestem żonatym facetem, więc trochę niezręcznie mi o tym mówić. Ale zawsze patrzę na buzię, czy jest ładna. Zresztą tak naprawdę chodzi o to, żeby miała coś w sobie.
A żona to ma?
- Jak najbardziej. Poza tym jest piękną kobietą. Oboje pochodzimy z Siedlec. Kasię poznałem wiele lat temu, miała bodaj piętnaście lat. Spotykaliśmy się w dyskotekach, na osiedlu. Podobała mi się, ale jakoś wstydziłem się podejść, poważnie zagadać. Dopiero gdy przyjechała do Warszawy na studia, poznaliśmy się bliżej. Byliśmy ze sobą od trzech lat, nim w czerwcu 2001 roku, w Siedlcach, wzięliśmy ślub. Niewiele pamiętam z całej uroczystości, więcej z wesela. Na przyjęciu była delegacja kolegów z Legii: Czarek Kucharski, Tomek Mazurkiewicz i Łukasz Siciak.
Spotykacie się w Legii poza boiskiem. Zapraszacie do domu na imieniny albo urodziny?
- Raczej nie. Urodziny obchodzimy w kawiarence. Są ciastka i browarek. Z rodzinami czasami wyskoczymy wspólnie na kolację do knajpy.
Ma pan przyjaciela w drużynie?
- Ja w ogóle nie mam przyjaciół. Kolegów, kumpli, to i owszem, ale dorobić się przyjaciela jest strasznie trudno. Cenię sobie szczerość, możliwość wywalenia komuś prawdy prosto w oczy. Jak widzę, żę ktoś coś kręci, mówię mu do widzenia. Kiedyś najbliżej znałem się z Kowalewskim. Teraz, gdy on gra w Rosji, to tylko do siebie dzwonimy. Trzymam się raczej z Łukaszem Załuską i Tomkiem Jarzębowskim.
Nie dorobiliście się z żoną jeszcze potomstwa, macie więc pewnie dużo wolnego czasu. Co z nim robicie?
- Tego czasu, zwłaszcza żona, nie ma znowu tak wiele. Ja jestem takim małym leserem. Przychodzę po treningu i czasami odwalę jakieś małe sprzątanko, nic więcej. Kasia studiuje psychologię w trybie dziennym. Po zajęciach wraca do domu, gotuje obiad, na jej głowie są wszystkie papierki, rachunki, ważne sprawy. Za to ją podziwiam. Czasami wpadniemy do kina, albo do kręgielni. No i do restauracji, bo ja strasznie lubię dobrze zjeść. Ulubionym moim lokalem w Warszawie jest Kaiser Pub na Chmielnej.
Rozmawiał Zbigniew Mucha
Źródło: Piłka Nożna Plus
.: dodaj komentarz
Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze czytelników. Mamy prawo do usuwania i redagowania komentarzy.
Wasze komentarze: (0)
|
|