HOME | O ARTURZE | BIOGRAFIA
WYWIADY | OSIĄGNIĘCIA | KARIERA
GALERIA | TAPETY | KSIĘGA GOŚCI | KONTAKT




Czwartek, 30 grudnia 2004
Na nic nie jest za późno

Gazeta Wyborcza: Gdy bramkarz zostaje laureatem jakiegokolwiek plebiscytu, czy dobrze świadczy to o drużynie, w której występuje?
Artur Boruc: Sam bym nic nie wskórał ani czegoś takiego bym nie wymyślił. Piłka to gra zespołowa. A że koledzy trochę mi
"pomogli". Bywa...

Chodzi nam o to, że musiał Pan mieć sporo roboty...

- Jestem po to, żeby bronić. Czasem mi to dobrze wychodziło, zostało zauważone. Nie tylko przez dziennikarzy, ale i selekcjonera reprezentacji. Cieszę się, że mogłem pokazać swoje umiejętności.

Czy to naprawdę był rok Boruca?

- Nie mam pojęcia. Po części na pewno. Zadebiutowałem w reprezentacji, wywalczyłem sobie w niej miejsce, zagrałem w Pucharze
UEFA. Miałem kilka niezłych meczów i chyba powinienem być z tego roku zadowolony. Ale nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej. Czekam już na nowy rok, obozy przygotowawcze...

Został Pan także Odkryciem Roku w plebiscycie "Piłki Nożnej".

- To sympatyczne. Mam 24 lata, lada moment pojawią się siwe skronie, a tu nagle zostałem odkryciem... Ale cieszę się z tego. Okazuje się, że na nic nigdy nie jest za późno. To pokazuje, że to, co robię, ma sens i jest dobre.

Jak to się stało, że został Pan bramkarzem?

- Przypadek. Kiedy graliśmy na osiedlu, zawsze byłem napastnikiem. Na trening Pogoni w Siedlcach zaprowadził mnie brat. I tak, od samego początku, stanąłem w bramce. Pewnie kogoś brakowało. Piłka parę razy we mnie trafiła, spodobało mi się i tak już zostało.

Kiedy zorientował się Pan, że piłka da chleb?

- Jak zaczynałem szkołę ponadpodstawową, wtedy już zdecydowanie bardziej zależało mi na futbolu. Nie wiedziałem, że będę grał w reprezentacji, ale szkołę po prostu olewałem.

Na Pana stronie internetowej widzieliśmy, że był Pan wzorowym uczniem.

- Tak. Do siódmej klasy podstawówki. Potem zaczęły się problemy.

Był konflikt: sport kontra nauka?

- Nie, żadnego konfliktu nie było. Po prostu w ogóle nie chodziłem do szkoły. Bywałem w niej gościem. Resztę czasu spędzałem nie tylko na boisku. Miałem wiele innych zajęć. Różnych. Takie młodzieńcze wygłupy. Czasem trzeba było się bić. Jak chyba każdy...

Trudno było Panu skoncentrować się na trenowaniu?

- Nie. Ale babcia i mama nieustannie mi powtarzały: "Synku albo wnusiu, piłka ci jeść nie da". Ja nic nie odpowiadałem, nie wiedziałem, jak potoczą się moje losy. Wyszło całkiem fajnie.

Jak trafił Pan na Łazienkowską?

- Z drużyną juniorów Pogoni i trenerem Topczewskim pojechaliśmy na ogólnopolski turniej, w którym zajęliśmy czwarte miejsce. Obecny tam trener Jan Pieszko powołał mnie na konsultacje do reprezentacji 17-latków. Wystąpiłem w kilku sparingach. Aż w końcu zagraliśmy mecz z rezerwami Legii. Wtedy zadebiutowałem w zespole z Łazienkowskiej. Zagrałem całą drugą połowę. W pierwszej bronił Marcin Muszyński. I dostałem zaproszenie na turniej do Palermo z udziałem m.in. Romy, Sparty Praga... Grali kandydaci do występów w Legii. To była taka zbieranina zawodników walczących o występy w Legii.

Był z Panem jeszcze ktoś z kadry pierwszego zespołu?

- Radek Wróblewski. On już miał właściwie kontrakt z Legią, ale wiekowo pasował do tamtej drużyny. Dlatego pojechał. Z pozostałych część trafiła do drugiej drużyny. Ale nikt się nie przebił.

Do Legii trafił Pan w końcu w 2000 roku.

- Przyszedłem i myślałem, że będę trenował z pierwszą drużyną. Ale odesłano mnie do rezerw. Po jakimś czasie zostałem wypożyczony do II-ligowego Dolcanu Ząbki. Poszedłem się sprawdzić, to było coś więcej niż IV liga. Właśnie w Ząbkach zaistniałem. Zaczęto mnie doceniać. Sprawy zaczęły toczyć się szybko...

Jak z bajki?

- Tak się zastanawiam, ale gdybym mógł w tej bajce zmienić jakiś wątek, to chyba wszystko zostawiłbym tak, jak było. Ułożyło się doskonale.

Miał Pan moment zwątpienia: po co ja w ogóle do tej Legii przychodziłem?

- Miałem. Ale z drugiej strony wiedziałem, że nawet - mimo obecności tutaj Szamotulskiego, Robakiewicza, Kowalewskiego, Stanewa - nie będę nigdy miał problemów, by znaleźć inny klub. Nawet kiedy byłem numerem trzy. Wiedziałem jedno - muszę grać. To jest najważniejsze dla młodego bramkarza. I momenty zwątpienia były. Po powrocie z Ząbek usiadłem na ławce rezerwowych bez żadnych właściwie perspektyw. Miesiące mijały, a ja nie grałem. Minęło półtora roku, przyszły myśli o odejściu. Konkretów żadnych nie było. Najbliżej podjęcia takiej decyzji byłem wtedy, gdy bronił Wojtek Kowalewski. Ja byłem jego zmiennikiem, a tu nagle pojawił się Radek Stanew. To mi podcięło skrzydła... Wojtek odszedł, chciałem wykorzystać szansę. Ale niewiele
zdziałałem.

Z którym z poprzednich bramkarzy Legii współpracowało się Panu najlepiej?

- Z Wojtkiem Kowalewskim. Kontakt utrzymujemy do dziś.

Z Grzegorzem Szamotulskim było gorzej...

- Tak, jakoś nam się nie układało. "Szamo" postąpił nie fair, kiedy przyszedłem jako młodzieniaszek. "Delikatnie się złapaliśmy", ale nie ma co do tego wracać. Niesmak został. Nie wracajmy do tego...

A jak układają się Pana relacje z Andrzejem Krzyształowiczem?

- Normalnie. Jesteśmy kolegami. Nigdy nie chciałem wejść do bramki po plecach kolegi. Sam starałem się wywalczyć miejsce. Za pierwszym razem pomogło mi nieszczęście Radka... Doznał kontuzji.

Właśnie, w debiucie w lidze pomogła Panu kontuzja Radostina Stanewa. Pamięta Pan mecz w Szczecinie? Tętno mocno skoczyło?

- Chyba trenerzy Okuka i Kubicki byli bardziej zdenerwowani ode mnie. Mecz pamiętam cały. Szkoda mi tej bramki w 90. minucie strzelonej przez Dubielę z wolnego. Zremisowaliśmy 2:2. Ale nie lubię grzebać w przeszłości.

W następnej kolejce Legia pokonała Wisłę Kraków 1:0, a Pan zadziwił wszystkich...

- Kompletnie nie miałem nic do stracenia. I zresztą do tej pory nie mam. Trenuję i gram, a życie pokaże, czy jestem dobry na tyle, by grać, czy nie.

Jest Pan dobry?

- Nie lubię się oceniać. Niezręcznie mi... Idzie mi dobrze.

Pan w ogóle wydaje się być mało nerwowym, wręcz flegmatycznym człowiekiem. Przynajmniej jak na bramkarza.

- Bez przesady, układu nerwowego mi nie wycięli. Kiedy nam nie idzie, rywale atakują, adrenalina skoczy, to potrafię w nieprzyjemny sposób powiedzieć kolegom, co sądzę o ich grze. Nie zawsze skutkuje.

Eksperci polskiej ligi twierdzą, że na boisku zachowuje Pan spokój...

- ...grabarza? Wiem, słyszałem (śmiech). Nie jestem pajacem, nie wariuję w bramce. A show robię... na swój sposób. Jestem spokojny.

Panuje opinia, że bramkarz i lewoskrzydłowy są szaleni...

- Nie wiem, czy pasuję do tego opisu. Bardziej niż szalony jestem spontaniczny. I to raczej tylko w życiu prywatnym, na boisku - niekoniecznie.

A nie jest Pan czasem za grzeczny? Kiedy ktoś pyta Boruca o reprezentację, nigdy nie usłyszy czegoś innego niż: "to Jurek Dudek jest numerem jeden".

- Bo tak jest. I nie ma sensu o tym dyskutować. Ja będę walczył, chcę być numerem jeden. Ale to trener Janas musi zmienić kolejność, przekonać się...

Na razie przekonał się na tyle, że - mając numer jeden - znalazł numer dwa...

- I ja się cieszę, że trener na mnie stawia.

Spodziewał się Pan, że tak szybko z bramkarza numer trzy w Legii stanie się golkiperem numer dwa, ale w kraju?

- Nie. I nie mam pojęcia, co spowodowało, że tak się stało. Duża w tym zasługa trenera Krzysztofa Dowhania. On nauczył mnie właściwie wszystkiego: refleksu, gry na przedpolu... Wziął mnie jako młodego chłopaka i zrobił ze mnie zawodnika. Ten trener to kawał fachowca i niesamowity człowiek. Ma znakomity warsztat, nie ma u niego ani chwili nudy. A kto widział trening bramkarzy, ten wie, jak łatwo popaść w rutynę. Przy nim rozwijam się non stop.

Zaaklimatyzował się Pan już w reprezentacji?

- Wydaje mi się, że tak. Najgorzej było za... pierwszym razem. Pojechałem do Bydgoszczy na mecz z Irlandią. Mieszkałem w pokoju z cichym i spokojnym z reguły Ebim Smolarkiem, który też jakoś bardzo rozmowny nie jest. Dziwnie się czułem, ale z czasem poznałem chłopaków, przekonałem ich do siebie.

Nim przyszło powołanie do kadry, była zima ubiegłego roku. Miał Pan zupełnie inny nastrój...

- Jak każdy w klubie. Na rundę wiosenną czekaliśmy jak na skazanie. Kłopotów było mnóstwo. Nie ma co do nich wracać, tym bardziej że teraz jest jak należy. Perspektywy są o wiele ciekawsze niż wtedy.

Ale rok temu zadziwiliście wiele osób. Z wiatrem w oczy zajęliście drugie miejsce w lidze. Legia wywalczyła wicemistrzostwo czy przegrała tytuł?

- To drugie. Ja zawsze gram o najwyższą stawkę i to drugie miejsce było naszą porażką. Choć, jak na warunki w jakich się znaleźliśmy, także sukcesem.

Dlaczego przegrywaliście bitwy: 0:1 z Wisłą ostatecznie przesądzającą o tytule dla krakowian; 0:2 w Poznaniu z Lechem, co w
efekcie dało rywalom Puchar Polski?


- Nie mam pojęcia. Przyszedł słabszy dzień, nie wytrzymaliśmy ciśnienia.

Jaka była Legia trenera Kubickiego?

- Jak ktoś chciał powiedzieć coś złego o tamtej drużynie, powinien być odważny i mówić wtedy, gdy trenerem był Dariusz Kubicki. Teraz to nie ma sensu.

Czuł Pan, że po poprzednim sezonie nastąpiło "zmęczenie materiału" i w tym składzie nic nie osiągnięcie?

- Przyszło rozprężenie. Zaczęliśmy myśleć innymi kategoriami. Wiosną, kiedy były niesamowite problemy finansowe, po prostu musieliśmy zapier... dla siebie. Teraz czasy się zmieniły. Jest delikatna sielanka. My się cieszymy, ale loty obniżyliśmy. Wcześniej graliśmy lepiej.

Jednak tej jesieni Legia zdobyła więcej punktów niż rok temu.

- Legia musi wygrywać, ale i grać tak, żeby to się podobało. No i dystans do Wisły jest teraz większy. Tracimy aż osiem punktów.

A Pan twierdzi, że Legia jest w stanie dogonić rywala z Krakowa.

- Trzeba w coś wierzyć. Ja wierzę, że tytuł przypadnie Legii.

Był w tym roku gol, o którym chce Pan zapomnieć?

- Nie pamiętam żadnego głupio straconego...

To może pomożemy? A gole z Austrią Wiedeń w UEFA i Pogonią w Pucharze Polski?

- Dobra, niech będą dwa. To były moje błędy.

Ciężko było żegnać się z Pucharem UEFA?

- Tak, ale na więcej nie było nas stać. Musieliśmy szybko przejść nad tym do porządku dziennego. Nie było sensu płakać za długo.

A rozegrał Pan mecz, z którego był szczególnie dumny?

- Słabe mecze zapominam, a dobrymi nie staram się żyć przez następnych kilka miesięcy.

Znowu pomożemy: po meczu w Krakowie wszyscy pisali, że gdyby nie Boruc, to Legia poległaby z Wisłą 0:5.

- Ale to nie był dobry mecz. Puściłem dwa gole. Dlatego jestem niezadowolony.

Zimą z Legii ma odejść aż siedmiu zawodników... Spodziewał się Pan takiego wietrzenia?

- To dla mnie spore zdziwienie. Ale tak bywa. Jedni odchodzą, inni przychodzą.

Szok byłby większy, gdyby i Pan znalazł się na liście graczy do odejścia?

- Nie wiem. Zaskoczyliście mnie tym pytaniem.

Zmierzamy do tego, czy czuje się Pan ważną postacią Legii? Podporą, jednym z istotnych elementów tego kręgosłupa, na którym ma powstać silny zespół?

- Nie do końca. Cały czas poznaję swoją wartość. Świetnie się czuję w tym momencie kariery. Na nic nie mogę narzekać, myślę, że podobne zdanie o mnie mają koledzy. Ale nie chcę bardzo się "lansować". Gdybym powiedział "tak, jestem bardzo ważny...", to nie wypadłbym zbyt poważnie.

A czy w klubie ktoś daje Panu odczuć, że jest Pan ważnym elementem zespołu? Niedawno przedłużył Pan umowę do 2009 roku.

- Tak. Poprzednia nie wyglądała jak poważna, profesjonalna umowa. Chodzi o zarobki i niektóre śmieszne klauzule. Ale cieszę się, że działacze wyciągnęli do mnie rękę. Nie mogę podać konkretów, mam zakaz.

Zostaje Pan w Legii?

- Nic o tym nie wiem, że miałbym gdziekolwiek wyjechać. Dobrze tu się czuję. Ale żadnych deklaracji nie złożę. Jest opcja wyjazdu, tyle że nie chcę o tym gadać, bo nie ma o czym.

Oprócz Jacka Zielińskiego każdy z laureatów plebiscytu "Gazety Stołecznej" w następnym roku zmienił klub, i to przeważnie na zagraniczny. Tomasz Kiełbowicz przyszedł z Polonii do Legii, a potem były już same wyjazdy - Bartosz Karwan, Cezary Kucharski i Stanko Svitlica... Menedżer chce zaistnieć w gazecie, czy są oferty?

- Coś się dzieje, ale ja mam wolne i odcinam się od wszelkich spekulacji. Komentowanie czegokolwiek nie ma sensu.

Przecież to dotyczy Pana przyszłości... Nie wyobrażamy sobie, że to Pana nie interesuje.

- Na pewno w delikatny sposób mnie to interesuje. Często rozmawiam z moim menedżerem właśnie na temat najprzeróżniejszych ofert. I mu powtarzam: "Radek, słuchaj, ja nie chcę słuchać tylko plotek. Nakręcaj to koło, a jak będą konkrety, daj znać". Może i z kimś rozmawia... Ktoś napisał, że na dniach jadę podpisać kontrakt z Queens Park Rangers. Bezsens. Poza tym ja mogę grać w Legii do końca życia. Polubiłem miasto, kibiców... Ale chciałbym, żeby to był mocny klub, grający każdego roku w Lidze Mistrzów, wychodzący z grupy... Wiem, to są marzenia. Jednak bardzo miłe.

To wysoko zawiesił Pan poprzeczkę. Kto wie, czy to już nie bujanie w obłokach.

- Trzeba mieć jakieś plany i ambicje. To są moje marzenia. Zobaczymy, czy uda się je zrealizować. Tak samo jak marzeniem jest gra w dobrym zachodnim klubie. Zobaczymy, co przyniesie życie.

Kto wpadł na pomysł, by w kontrakcie była klauzula wyceniająca Pana na 1,5 miliona euro?

- Zabawna historia wiąże się z tą klauzulą. Ale nie do publikacji. Nie mogę mówić o żadnym punkcie swojej umowy. Przyjmijmy wersję, że to klub z moim menedżerem doszli do wniosku, że taka suma satysfakcjonuje obie strony.

Chciałby Pan, żeby Jacek Zieliński wiosną był piłkarzem czy trenerem?

- Z mojego punktu widzenia zdecydowanie bardziej widziałbym Jacka na boisku. Jest niesamowicie dobrym piłkarzem. Sprawdza się także jako szkoleniowiec. I nie wiem, czy da radę łączyć obie te funkcje.

Pod koniec rundy Legia zaczęła grać systemem 4-4-2, a nie 3-5-2. Jakie to ma znaczenie dla Pana jako bramkarza?

- Teraz jestem bardziej ostatnim obrońcą. Gram o kilka metrów dalej od bramki. Muszę przecinać podania. I to jest ta różnica. Łatwiej mi także wprowadzić piłkę. Jest wreszcie komu rzucić ręką, nie trzeba wszystkiego wybijać nogą.

Czego potrzeba Legii, by wiosną grała lepiej niż jesienią? Aleksandara Vukovicia, który wraca z Grecji?

- On może odmienić drużynę, ale nie musi. Pod koniec rundy, poza ostatnim meczem z Pogonią w PP, graliśmy niezłą piłkę, całkiem przyjemną dla oka. Wszystko szło do przodu. Czy "Vuko" będzie lekarstwem? Zobaczymy.

Opowie Pan o swoich fryzurach?

- Mam własnego fryzjera, Maćka Wróblewskiego. Czasem mam dosyć oglądania tej samej, nudnej gęby w lustrze. Trzeba coś zmieniać. Nie chciałem ingerować w inny sposób. Jeden by zrobił sobie tatuaż, inny ogolił plecy. A ja bawię się swoimi włosami.

Wyjeżdżał Pan gdzieś zimą?

- Jeśli już, to do Siedlec. Na dalszą podróż nie było mnie stać (śmiech). Poważnie. Kupiłem mieszkanie w dzielnicy Wawer. Cały wolny czas i wszystkie pieniądze pochłania przeprowadzka.

Czy jest w Polsce jakiś piłkarz, przeciwko któremu szczególnie nie lubi Pan grać?

- Nie.

A za granicą?

- Za granicą to za dużo nie grałem.

Rozmawiali Robert Błoński i Maciej Weber


Źródło: Gazeta Wyborcza


.: dodaj komentarz

Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za komentarze czytelników. Mamy prawo do usuwania i redagowania komentarzy.
Wasze komentarze: (1)

Karol i Rafek (2005-10-12 08:59:01):
Siema Artur włąnie przed chwilą wszedłem na twoją strone(jesteś naszym ulubieńcem.Gramy w pogoni grodzisk, i dowiedzielismy sie ze znasz naszego trenera Rafała Smalca, bo grales z nim w Dolkanie Ząbki



© 2005 ArturBoruc.com Wszelkie prawa zastrzeżone
Created & hosted by Legia LIVE!